✉️
ProLetter

Cześć,

są aktualizacje, które zmieniają kolor przycisku. I są takie, które zmieniają hierarchię treści w całej aplikacji. Najnowsze testy Instagrama należą do tej drugiej kategorii.

Platforma eksperymentuje z układem, w którym po wejściu do aplikacji trafiamy bezpośrednio do feedu Reels, a w centrum nawigacji pojawia się nowy moduł Your Feeds z możliwością przełączania się między strumieniami: Following, Friends, Latest, Saved, Favorites czy Suggested. 

Reels to środowisko szybkiej selekcji. Użytkownik nie „ogląda profilu”, ani nie wczytuje się w opis. Decyzja o oglądaniu zapada w sekundach. W takim świecie marka nie konkuruje już tylko z innymi markami, ale z tempem, a to oznacza 3 rzeczy dla branży:

Konkurencja o uwagę jeszcze bardziej przyspieszy. Reels to format o wysokiej dynamice, niskiej tolerancji na nudę i bezwzględnej selekcji przez algorytm. Jeśli aplikacja otwiera się właśnie tam, pierwsze sekundy kontaktu z marką będą jeszcze cenniejsze i jeszcze trudniejsze do wygrania.

Znaczenie estetycznego, statycznego feedu – jako głównego punktu styku – będzie maleć. Zdjęcia nie znikną, ale przestaną być „domyślnym” doświadczeniem. Oznacza to, że strategia contentowa oparta głównie na postach graficznych będzie systemowo tracić zasięg strukturalny, niezależnie od jakości kreacji.

Rośnie rola formatów relacyjnych: Following, Friends, Favorites. Instagram daje użytkownikom większą kontrolę nad tym, co oglądają. To może oznaczać powrót do bardziej intencjonalnej konsumpcji treści, a więc większe znaczenie budowania realnej więzi, a nie tylko liczenia na Suggested.

Instagram nie porzuca zdjęć ani klasycznego feedu, ale wszystko wskazuje na to, że centrum ciężkości platformy przesunęło się bezpowrotnie w stronę short video. A to oznacza, że w 2026 roku trzeba projektować markę pod środowisko, w którym wideo jest pierwszym ekranem, pierwszym wrażeniem i pierwszym filtrem selekcji.

Nowi członkowie grup na WhatsAppie dostaną historię rozmów.

WhatsApp wprowadza długo wyczekiwaną funkcję, która rozwiąże jeden z największych problemów użytkowników grupowych czatów. Historia wiadomości grupowych pozwoli administratorom wysłać nowym członkom nawet 100 ostatnich wiadomości, by błyskawicznie wprowadzić ich w kontekst dyskusji. Mechanizm jest prosty i elastyczny. Dodając nową osobę, admin może wybrać, czy chce udostępnić 25, 50, 75 czy 100 najnowszych wpisów. Co ważne, wszystko pozostaje w zgodzie z polityką prywatności – wiadomości są szyfrowane end-to-end, a cała grupa dostaje powiadomienie o udostępnieniu historii. To odpowiedź na lata próśb użytkowników, którzy do tej pory musieli ręcznie streszczać wątki, robić zrzuty ekranu lub przekazywać wiadomości na boku. Zwłaszcza w dynamicznych grupach zawodowych czy społecznościowych, gdzie codziennie pojawiają się setki nowych wpisów, funkcja ma szansę stać się standardem. Dla firm i twórców prowadzących społeczności na WhatsAppie to narzędzie, które ułatwi onboarding nowych członków i utrzymanie ich zaangażowania bez ryzyka, że zgubią się w gąszczu wcześniejszych rozmów. Grupy WhatsApp stają się coraz popularniejszą alternatywą dla zamkniętych forów i newsletterów, dlatego ta funkcja może być kluczem do budowania lojalnej, dobrze poinformowanej społeczności.

Nowy design stawia krótkie wideo na pierwszym planie.

Instagram testuje największą zmianę w układzie aplikacji od lat. W nowej wersji to Reels otwiera aplikację, a użytkownicy zyskują scentralizowane centrum Twoje Feedy, gdzie mogą przełączać się między różnymi widokami krótkich filmów – od obserwowanych, przez znajomych, po zapisane i sugerowane. Wygląda więc na to, że Instagram ostatecznie godzi się z tym, jak naprawdę wygląda korzystanie z aplikacji. Dane z końca 2024 roku pokazują bowiem, że aż 50 procent całego czasu spędzanego na Instagramie to oglądanie Reels, a użytkownicy dzielą się 3,5 miliardami krótkich filmów dziennie. Adam Mosseri, szef Instagrama, od lat powtarza, że zdjęcia nie znikną. I pewnie nie znikną, ale schodzą na drugi plan. Nowy design nie usuwa klasycznego feedu, ale czyni go jedną z wielu opcji w centrum zarządzania, podczas gdy głównym wejściem do aplikacji staje się wideo.

X szykuje obowiązkowe etykiety dla treści z AI.

Platforma Elona Muska testuje obowiązkowe oznaczanie treści wygenerowanych przez sztuczną inteligencję. Użytkownicy mają wkrótce aktywować specjalny przełącznik informujący, że dany post zawiera „syntetycznie wygenerowaną treść”. To odpowiedź na lawinowo rosnącą liczbę materiałów tworzonych przez AI, które zalewają platformę i coraz skuteczniej mylą odbiorców. Od fałszywych relacji z ataków terrorystycznych, przez nieistniejące nagie zdjęcia celebrytów, po Donalda Trumpa grającego w hokeja – obrazy stają się tak realistyczne, że granica między prawdą a symulacją zaciera się w oczach użytkowników. X już teraz dodaje znaki wodne do treści generowanych przez własnego chatbota Grok, ale to za mało. Problemem są treści tworzone zewnętrznymi narzędziami i masowo publikowane przez zautomatyzowane konta. Nowa etykieta ma dać użytkownikom jasny sygnał, z czym mają do czynienia. Skuteczność tej zmiany zależy od tego, kto będzie miał obowiązek oznaczania. Jeśli przełącznik będzie dobrowolny, niewiele zmieni – twórcy fałszywek go nie włączą. Jeśli X postawi na automatyzację wykrywania i wymuszenie oznaczania, może stać się pionierem transparentności w erze deepfake'ów.

Google pokazuje, gdzie trafiają pieniądze z Performance Max.

Google Ads udostępnia wreszcie dane, na które reklamodawcy czekali od lat. W raportach kampanii Performance Max zaczynają pojawiać się konkretne domeny z Sieci Partnerów Wyszukiwania wraz z liczbą wyświetleń. To przełom w przejrzystości formatu, który dotąd działał jak czarna skrzynka. Raport, który wcześniej dla wielu pozostawał pusty, teraz pokazuje, gdzie dokładnie wyświetlały się reklamy, w jakiej sieci i z jaką częstotliwością. Warto jednak ostudzić optymizm. Google wyraźnie zastrzega, że to narzędzie służy bezpieczeństwu marki, a nie optymalizacji. W raporcie brakuje kliknięć, konwersji i kosztów dla poszczególnych miejsc docelowych. Możemy sprawdzić, czy nasza reklama nie wyświetlała się na nieodpowiednich stronach, ale nie dowiemy się, które z nich przyniosły faktyczny zwrot z inwestycji. Takie działanie to krok w dobrym kierunku, ale wciąż tylko półśrodek, nie na tyle mocny, by reklamodawcy mogli świadomie zarządzać wydatkami w Sieci Partnerów. Presja na transparentność przynosi efekty, ale do pełnej jawności wciąż jeszcze daleko. Pytanie, czy Google kiedykolwiek odsłoni karty na tyle, byśmy mogli policzyć prawdziwy zwrot z każdej wydanej złotówki.

Meta stawia na AMD.

Meta ogłosiła strategiczne, wieloletnie porozumienie z AMD, które ma dostarczyć infrastrukturę AI dla jej centrów danych. W ramach umowy wykorzysta układy AMD Instinct GPU o łącznej mocy 6 GW, co ma zapewnić gigantyczną moc obliczeniową potrzebną do rozwijania modeli AI i realizacji wizji „personalnej superinteligencji”. Firmy będą współpracować na poziomie architektury, systemów i oprogramowania, by zoptymalizować cały stos technologiczny pod potrzeby firmy Zuckerberga. Pierwsze dostawy ruszą w drugiej połowie roku, a sprzęt będzie oparty na zaprojektowanej we współpracy z AMD architekturze Helios. Do tej pory rynek układów AI zdominowała Nvidia, uzależniając od siebie największych graczy. Umowa z AMD – obok własnego programu akceleratorów MTIA – ma dać Meta większą kontrolę nad łańcuchem dostaw i elastyczność w skalowaniu mocy obliczeniowej. Po latach dominacji Nvidii, AMD zyskuje więc strategicznego partnera o ogromnych potrzebach obliczeniowych. Dla branży oznacza to większą konkurencję, potencjalnie niższe ceny i – co najważniejsze – mniejsze ryzyko, że przyszłość AI będzie zależeć od jednego dostawcy. Meta buduje swoje imperium na fundamencie, który nie jest już monolitem.

Algorytm X przesuwa poglądy polityczne w prawo.

Naukowcy z Bocconi University przeprowadzili siedmiotygodniowy eksperyment na prawie 5 tysiącach aktywnych amerykańskich użytkowników. Jedna grupa korzystała z domyślnego, algorytmicznego feedu For You, druga – z chronologicznego. Okazało się, że osoby wystawione na działanie algorytmu były o prawie 5 punktów procentowych bardziej skłonne priorytetyzować tematy typowe dla republikanów (przestępczość, inflacja, imigracja). Stawały się też bardziej prorosyjskie w ocenie wojny w Ukrainie – o ponad 7 punktów procentowych spadała u nich pozytywna ocena Wołodymyra Zełenskiego. Co gorsza, algorytm nie tylko serwował treści, ale zmieniał wzorce obserwowania. Użytkownicy zaczynali dobrowolnie śledzić więcej prawicowych kont, a nawyk ten pozostawał nawet po powrocie do feedu chronologicznego. Algorytm przeprogramowywał ich sieć społecznościową na trwałe. Badanie pokazało też mechanizm: algorytm zwiększał udział prawicowych treści o prawie 3 punkty procentowe, jednocześnie ograniczając zasięgi tradycyjnych mediów na rzecz politycznych aktywistów. To nie jest już kwestia „bańki informacyjnej” czy osobistych preferencji. Mamy dowód, że projekt techniczny platformy kształtuje światopogląd na głębokim, długotrwałym poziomie. 

Snapchat cichym bohaterem zarobków twórców.

Podczas gdy TikTok i YouTube fundują twórcom rollercoaster zasięgów i wynagrodzeń, Snapchat wyrasta na najbardziej stabilne i przewidywalne źródło dochodu dla tych, którzy opanowali jego specyfikę. Platforma, która ma blisko miliard użytkowników miesięcznie, w zeszłym roku wypłaciła twórcom pół miliarda dolarów. Historie są wymowne. Josh Horton, mający 2,1 miliona na YouTube, zarabia na Snapchacie od 200 do ponad 1000 dolarów dziennie i nigdy nie ma dnia bez wpływu. Abby Berner, mimo 7 milionów na TikToku, najwięcej zarobiła właśnie na Snapchacie – ponad pół miliona w 2025 roku. Cheyenne Davis, gwiazda reality TV, w jednym miesiącu zrobiła na Snapie 35 tysięcy dolarów, gotując w kuchni i spędzając czas z dziećmi. Co ich łączy? Trafili na formułę, której Snapchat wymaga: konsekwencja, codzienność i autentyczność. To nie jest platforma dla viralowych skoków, ale dla twórców, którzy potrafią budować relację poprzez codzienne stories, błędy i prawdziwe życie. Dla marketerów Snapchat wciąż jest terra incognita – mniej zatłoczony, mniej zrozumiały, ale właśnie dlatego dający szansę na wyróżnienie się. W czasie algorytmicznej nieprzewidywalności Snapchat staje się więc schronieniem dla twórców, którzy cenią stabilność ponad wirusowość. Dla marek to sygnał, że warto przyjrzeć się platformie, która nagradza długoterminową, autentyczną relację z odbiorcą. I która – jako jedyna – daje twórcom poczucie, że codzienna praca ma przewidywalną, finansową wartość.

Meta wraca do niezależnych agencji.

Agency Growth Collective to próba odbudowania relacji z agencjami, które w ostatnich latach były często pomijane na rzecz automatyzacji i bezpośrednich relacji z największymi reklamodawcami. Nowy model zakłada odejście od indywidualnych opiekunów na rzecz dedykowanego zespołu specjalistów, z którym agencje kontaktują się przez wspólną skrzynkę. W zamian za uczestnictwo, agencje zyskują dostęp do rotacyjnych ekspertów, szkoleń wirtualnych i informacji, które mają pomóc w optymalizacji kampanii klientów. Jest to wyraźna zmiana kursu Mety, która przez lata automatyzowała procesy reklamowe (Advantage+, a ostatnio Manus AI), co wielu odczytywało jako stopniowe eliminowanie pośredników. Teraz okazuje się, że maszyny nie wystarczą. Platforma potrzebuje agencji, by dotrzeć do większych budżetów i marek, które bez ludzkiego pośrednictwa nie podejmują decyzji. Program jest na razie pilotażem w USA, a uczestnictwo w nim jest monitorowane – agencje, które nie wykażą się zaangażowaniem, mogą zostać usunięte. Nie ma oficjalnych progów wydatkowych, ale nikt nie wyklucza, że pojawią się później. Agencje wracają do łask, ale na nowych zasadach, jako partnerzy w skalowaniu wydatków, nie tylko wykonawcy. Dla niezależnych domów mediowych to szansa na odzyskanie wpływu, ale i test, czy potrafią być czymś więcej niż tylko przekaźnikiem między klientem a algorytmem.

LinkedIn zrzuca korporacyjny gorset.

Platforma po raz pierwszy od lat zmienia ton komunikacji, ruszając z kampanią The Network That Works For You, w której zamiast patosu i „wysokich lotów” stawia na codzienne, absurdalne sytuacje z biurowego życia. W spotach zobaczymy mężczyznę chowającego kota pod koszulą, pracowników sparingujących z robotami odkurzaczami czy lekarza zmagającego się z dylematem dot. szpitalnej koszuli. LinkedIn chce pokazać, że rozumie rzeczywistość pracowników i przedsiębiorców, nie tylko ich aspiracje i nie chce być kolejnym korporacyjnym głosem pouczającym, jak żyć. Kampania, startująca w USA i Wielkiej Brytanii, ma też drugie dno. W czasach, gdy media społecznościowe mierzą się z kryzysem zaufania, LinkedIn podkreśla swoją odmienność – jest miejscem, gdzie autentyczność się opłaca, bo buduje się tu sieć kontaktów zawodowych, a nie anonimowych hejterów. A to odważny zwrot w stronę człowieczeństwa. 

TikTok wycofuje się z rewolucji logistycznej.

TikTok niespodziewanie wstrzymał plany wymuszenia na amerykańskich sprzedawcach korzystania z własnej sieci logistycznej. Platforma, która zamierzała od 25 lutego stopniowo likwidować opcję samodzielnej wysyłki przez sprzedawców, poinformowała właśnie, że „terminy nie wejdą w życie, a wszystko pozostaje po staremu”. Decyzja to efekt zderzenia ambitnych planów z twardą rzeczywistością operacyjną. To, co mogło działać w przypadku małych sprzedawców, przy większej skali stawało się niewykonalne. Sprzedawcy obawiali się nie tylko wzrostu kosztów, ale przede wszystkim utraty kontroli nad kluczowym elementem relacji z klientem – procesem dostawy. Cofnięcie decyzji zbiega się w czasie z przejęciem kontroli nad amerykańskim TikTokiem przez konsorcjum Oracle, Silver Lake i MGX. Nowi zarządcy najwyraźniej uznali, że rewolucja logistyczna nie jest najlepszym pomysłem na moment, gdy platforma walczy o utrzymanie zaufania użytkowników i sprzedawców.

Dziękuję, że czytasz ProLetter!

Do następnego tygodnia! 👋
Jakub Jacek
Zdjęcie profilowe – Jakub Jacek
 
 
 
 

PS
Jeśli umknęło Ci poprzednie wydanie, możesz je nadrobić tutaj!
Autonomiczny agent, który zmieni performance w 2026 roku. »