Cześć,
wkraczamy w 2026 rok i właśnie pękły dwa fundamenty, na których budowaliśmy Social Media przez ostatnią dekadę. W ostatnim ProLetterze sporo miejsca poświęciłem „cyfrowym papierosom”, czyli informacji o tym, jak Nowy Jork oficjalnie przykleił mediom społecznościowym etykietę produktu wysokiego ryzyka. To był ważny sygnał, ale teraz dostajemy kolejny element tej układanki. Adam Mosseri wrzucił długi manifest, w którym wprost przyznaje, że autentyczność stała się towarem, który AI kopiuje już w nieskończoność i ogłosił śmierć estetycznego Instagrama.
Przez lata optymalizowaliśmy „ładny” marketing, wierząc, że nieskazitelny obraz i płynny UX to klucze do sukcesu. Dzisiaj ten model umiera na naszych oczach. Dlaczego? Bo w świecie, w którym AI potrafi wygenerować „perfekcję” w sekundy, to, co idealne, stało się tanie, podejrzane i zwyczajnie nudne. Perfekcja przestała być walutą. Skoro algorytm karmi nas idealnie skrojonym pod nasze gusta „szumem” (za co właśnie obrywa od regulatorów), to jedyną drogą ucieczki dla marki jest... raw feed.
Mosseri ma rację. W dobie AI slop i nieskończonej reprodukcji piękna, jedynym dowodem na człowieczeństwo staje się niedoskonałość. Rozmazane zdjęcie, brak filtra, „brudny” kadr to dzisiaj cyfrowe odciski palców, które mówią: „Nie jestem robotem”. To dowody na to, że po drugiej stronie siedzi człowiek, a nie farma serwerów. Jeśli Twoja marka wciąż boi się pokazać „od kuchni” w obawie o utratę prestiżu, właśnie traci szansę na przetrwanie w algorytmach, które za chwilę będą promować tylko to, co zweryfikowane i autentyczne.
Zaufanie staje się towarem luksusowym. Kiedy Nowy Jork nakłada etykiety ostrzegawcze na platformy, a ich szefowie przyznają, że nie odróżnią prawdy od fałszu, kończy się era „co” publikujesz. Zaczyna się era „kto” publikuje. Wskaźnik zaangażowania (engagement) ulatnia się na rzecz wiarygodności (credibility). Budowanie marki osobistej i silnego, ludzkiego kręgosłupa brandu to już nie zadanie dla działu PR – to jedyny sposób, by nie zostać uznanym za szum informacyjny z certyfikatem szkodliwości.
Jeśli platformy mają być oznaczane jako „toksyczne”, to my jako twórcy i marki musimy być tam odtrutką: ludzką, błądzącą i przez to wiarygodną.